Nadkomisarz Sroka na tropie
Jej metody i formy należą do najpilniej strzeżonych tajemnic państwa. Jednak każdy, kto oglądał przygody poruczników MO Borewicza i Zubka poznał ich warsztat pracy. Infiltrując przestępcze podziemie PRLu bohaterowie leciwego "07 zgłoś się" korzystali z bogatego arsenału środków tajnej inwigilacji. W realu jak w serialu. Figurantów się śledzi, podsłuchuje i podgląda. W otoczeniu podejrzanych oprócz wymyślnie kamuflowanych mikrofonów i obiektywów plasuje się informatorów. W szczególnych przypadkach płatnych TW zastępują tańsi i pewniejsi funkcjonariusze kategorii "under cover", którzy prowokują, manipulują, dezintegrują i dezinformują. Aby uwiarygodnić "przykrywkowców" tworzy się im sugestywne legendy i zaopatruje w lewe papiery. W razie operacyjnej potrzeby podejrzanym wręcza się w kontrolowany sposób korzyści majątkowe lub śledzi nadane przez nich przesyłki. Pod nieobecność "targetu" w miejscu zamieszkania realizuje się tzw. dosiad (gwara esbecka) czyli niezapowiedzianą wizytę bez wiedzy i zgody gospodarza. Aby dopełnić obraz figuranta oprócz tych intruzywnych środków korzysta się z wszelkich dostępnych baz danych, co w epoce cyfrowej umożliwia poznanie jego potrzeb, słabości i gustu. I tylko listów już się nie czyta. Prawie.
Wszystkie te mniej lub bardziej skomplikowane czynności wymagają maksymalnej dyskrecji. Gdy figurant zorientuje się, że jest na radarze to się spłoszy, zatrze ślady i na przyszły raz będzie bardziej czujny. Zainteresowanych technicznym, taktycznym ale i etycznym wymiarem wybranych aspektów prowadzenia inwigilacji należałoby odesłać do wiekowego już filmu "Rozmowa" w reżyserii Francisa Forda Coppoli. Materiał instruktażowy w poetyce thrillera.
Stosowanie tych metod na ogół nie wiąże się z koniecznością uzyskania uprzedniej lub następczej zgody ze strony prokuratury czy sądu. Działania te są jednak skrupulatnie dokumentowane, ewidencjonowane i kontrolowane. Rzecz jasna zupełnie odmienne zdanie mają na ten temat koneserzy alternatywnej rzeczywistości, w tym medialni detektywi. Są pewni, że służby inwigilują wszystko co się rusza bo leży to w naturze aparatu. Nie odkleili się od rzeczywistości, bo się do niej nigdy nie przykleili. Inwigilacja z racji doświadczeń z PRL niezmiennie kojarzy się źle. Informatyczny boom zmusił ludzki gatunek do zmiany środowiska. Sieć stała się dla nas naturalnym żywiołem. Tropienie złoczyńców jest przez to łatwiejsze, bo cyfrowego śladu nie da się zatrzeć. Gdy zdarzy się jakiś wyjątkowo przebiegły internauta to służby zwerbują sztuczną inteligencję i prędzej czy później oflagują cel. AI pomogła określić potrzeby, zachowania a nawet zamiary podejrzanych. Jednocześnie ułatwiła im bezpieczną, szyfrowaną komunikację. To, na co służby polują ze szczególną determinacją to łączność. Była i jest nieodzowna w planowaniu, organizowaniu i realizacji wszelkich działań, godzących w bezpieczeństwo i porządek publiczny. W epokach analogowych sabotażyści, szpiedzy czy zamachowcy używali mikrokropek, fal radiowych, BPMów (Błyskawiczne Przekazanie Materiału), werbalnych haseł, martwych skrzynek i gazet z dziurą. Te archaiczne narzędzia, pomimo swych technicznych ograniczeń, nie są jedynie artefaktami w izbach tradycji kontrwywiadów. Figuranci z oczywistych powodów surowo przestrzegają pierwszej i jedynej zasady bezpiecznej łączności, która brzmi: "to nie jest rozmowa na telefon". Ale nawet najbardziej "elektryczni" mają gorsze momenty, bywa że sprowokowane przez służby. Często parę zdań lub wręcz słów, wypowiedzianych w chwilach słabości szpiega decyduje o sukcesie kontrwywiadu.
Operacyjny czyli niejawny wymiar aktywności służb wywołują obawy o to, czy czynności te są legalne, uzasadnione i adekwatne do zagrożeń. Spór o to, jak dalece służby mogą ingerować w prywatność jest wieczny, choć w gruncie rzeczy pozorny. Państwo nie tylko że powinno, ale wręcz musi zapewnić sobie środki zwiększające szanse na wykrycie i zneutralizowanie zagrożenia. Niestety w ramach walki politycznej przy tradycyjnej inwigilacji postawiono plus i tak na horyzoncie pojawił się Pegazus.
Pluskwa niezgody
Administracja, pracująca od ponad dwóch lat w trybie "rozliczenia", aby odwrócić uwagę od realnych problemów zmuszona była wygenerować ich proxy wersje. W mitologii greckiej skrzydlaty ogier symbolizował wolność i poetyckie natchnienie. Skrzecząca rzeczywistość X kadencji Sejmu zredukowała uduchowionego wierzchowca do trywialnej pluskwy. Ta brutalna demitologizacja to wynik politycznej rachuby. Scenariusz zaadaptowany na potrzeby politycznej kalkulacji trzyma w napięciu. Dramat osnuty jest wokół nabycia drogą kupna przez poprzednią ekipę broni w postaci cyberminy. Na pierwszym planie są telefony komórkowe, które pełnią dziś funkcję znanych z lotnictwa czarnych skrzynek. W pozostałych rolach występują ich użytkownicy. Suspense buduje pluskwa, która podstępnie przeniknęła do systemu tzw. urządzenia końcowego. W ten sposób jeden mityczny koń przerodził się w innego, Trojańskiego. Fakty jak zwykle są znacznie bardziej przyziemne a grozy w nich nie ma za grosz.
Wyprodukowane i dystrybuowane przez izraelską firmę oprogramowanie znane jako Pegazus, umożliwiające penetrację systemów operacyjnych używało co najmniej 14 z pośród 27 służb bezpieczeństwa państw członkowskich Unii Europejskiej. Alan Turing doszedł do wniosku, że przechytrzyć maszynę, jaką była niemiecka Enigma mogła tylko inna maszyna a nie człowiek. Pegazus jest właśnie taką maszyną. Rozterki wokół tego, czy państwo powinno dysponować rozwiązaniami, które pomogą namierzyć zamachowca zanim dokona zbrodni to zbędne emocje. Człowiek zaczyna postępować racjonalnie dopiero wtedy, gdy wyczerpie wszelkie inne możliwości działania. Inaczej w przypadku polityków, którzy w imię partyjnego interesu do końca upierają się przy dywersyfikowaniu podsłuchów na nasze i wasze. W 2012 r. Centralne Biuro Antykorupcyjne, zapewne za zgodą i wiedzą Premiera rządu, zwierzchnika tej formacji, zakupiło za ciężkie pieniądze oprogramowanie szpiegujące, oręż o podobnej sile rażenia do Pegazusa. Nikomu nie przyszło wówczas do głowy aby ten fakt nazywać ceberszarżą na redutę demokracji. Pozarządowi aktywiści nie uronili nawet jednej łzy nad ofiarami włoskiego oprogramowania, które penetrowało zasoby komórek figurantów tamtej, odleglej epoki. Szef CBA Paweł Wojtunik nie stanął przed sejmową komisją śledczą, bo nikt nie widział potrzeby jej powołania. Dla obecnej administracji Pegazus jest jak maska tlenowa dla himalaisty pod wierzchołkiem K2. Gdy brakuje oddechu prokuratura przedstawi kolejne zarzuty i polityczne życie toczy się dalej. Politycy – erudyci ochrzcili Pegazusa nadwiślańską Watergate. Pluskwą w płot. Prezydent Richard Nixon zrezygnował ze stanowiska nie dlatego, bo kazał szpiclować, ale dlatego, że w tej sprawie kłamał. W osławionym kompleksie biurowym nad Potomakiem nie udało się podsłuchać politycznych konkurentów, tylko ich sekretarki, które wymieniały uwagi na temat jakości usług fryzjerskich w stołecznym Waszyngtonie. Afera podsłuchowa na miarę naszych możliwości to na pewno nie Pegazusgate. Było nią polityczne tsunami, wywołane po opublikowaniu 12 lat temu rozmów, zarejestrowanych przez dwóch pracowników branży gastronomicznej. Użyty sprzęt, motywy kelnerów i treść nagranych debat były tak samo nędzne jak rachuby Premiera Tuska, aby do rachunku dobrej zmiany dopisać cyberszpiega z Izraela. W czasach, gdy kagiebista Putin przepoczwarza się na oczach struchlałego świata w czerwonoarmistę, robienie politycznego rodeo z udziałem funkcjonariuszy wszystkich tajnych służb to jawna dywersja.
Showtime
Większość parlamentarna postanowiła, aby na odcinku badania cyber broni suweren miał prawdziwy spektakl. Sejmowe komisje śledcze z poprzednich kadencji parlamentu dostarczały właśnie takich unikalnych emocji, przypominając czasami teatr ale cześciej cyrk. Dokonań miały niewiele. Może z wyjątkiem "rywinowskiej", która odkryła przekręt za pomocą spójnika "lub". Powołana w pakiecie z dwoma innymi, komisja ds. Pegazusa nie tylko z racji, że zajmuje się skrzydlatym ogierem przypomina rodeo. Wybór Przewodniczącej komisji nie był przypadkowy. Wszak Magdalena Sroka to była funkcjonariuszka Policji w stopniu nadkomisarza z przydziałem do zabezpieczania imprez masowych. Wiceprzewodnicząca Joanna Kluzik-Rostkowska to weteranka różnych, parlamentarnych gremiów dochodzeniowo – śledczych. Partie się posłance zmieniały, a ona ciągle w jakieś komisji. Na uwagę zasługuje również Witold Zembaczyński, instruktor nurkowania, dla którego komisje są równie naturalnym żywiołem jak woda. Gremium sporo zyskało na odejściu Marcina Bosackiego. Jako Wiceminister Spraw Zagranicznych poleciał we wrześniu 2025 r. do Nowego Jorku, gdzie na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ oświadczył, że dom w miejscowości Wyryki-Wola zniszczył rosyjski dron. Trzy godziny później okazało się, że był to pocisk rakietowy wystrzelony z polskiego F-16. Komisja cudem uniknęła blamażu o globalnym zasięgu. Zagadką jest sam fakt jej istnienia. Zawsze wtedy, gdy instytucje państwa nie potrafią, nie chcą lub nie mogą wyjaśnić jakiejś bulwersującej i zawiłej sprawy Sejm może wyłonić ze swego grona śledczy team. W tym przypadku było inaczej. Zespół Nr 3 w Prokuraturze Krajowej od ponad dwóch lat prowadzi ws Pegazusa intensywne i tajne czynności procesowe. Prokuratorskie śledztwo nadzoruje Józef Gacek, powołany na tą funkcję przez Ministra Adama Bodnara. Fakt ten może być utrapieniem dla Pani Minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która już od dekady zarzuca organom ścigania, że zaniechały wyjaśnienia urojonego udziału GRU w aranżacji biesiad dygnitarzy PO w "Sowie". Prokuratorem nadzorującym śledztwo ws. afery taśmowej był ten sam Józef Gacek.
Po co zatem większość sejmowa powołała komisję z Colombo w spódnicy na czele? A no po to, że "show must go on". Widowisko zapewniają filipiki członków komisji, riposty indagowanych, emocje towarzyszące doprowadzaniu opornych świadków, napięcie przy składaniu przyrzeczenia czy wnioski do sądów o nakładanie kar pieniężnych na tych, którzy nie stawili się na bezprawne wezwania komisji. Uchwała Sejmu powołującą to gremium, której zgodność z Konstytucją zakwestionował na mocy wyroku z 10 września 2024 r. TK (stąd bojkot ze strony opozycji) niewątpliwe najwięcej radości sprawiła rezydentom i agentom obcych wywiadów. To dla nich prawdziwa gratka. Przed kamerami, które transmitują przebieg prac komisji przedefilowało kilkudziesięciu w pełni zidentyfikowanych funkcjonariuszy ABW, AW, SKW, SWW, CBA i Policji. Na nic zdały się ich apele do komisarzy o rozsądek i opamiętanie. Musieli odpowiadać na wnikliwe pytania dot. tajemnic ich fachu. Wiwisekcja służb online. Można wyobrazić sobie szczęście agenta dowolnej służby wywiadowczej uplasowanego w Pekinie, śledzącego przed telewizorem prace podobnej komisji, powołanej przez Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych. Co prawda część przesłuchań utajniono, ale tylko część. Prokuratura utajniła całość. Po dwóch latach dociekań Nadkomisarz Sroki suweren nie dowiedział się niczego nowego na temat cyfrowego oręża znad Jordanu. Premier machał już co prawda listą podsłuchanych, ale nawet Poseł Witold Zembaczynski musiał obejść się smakiem i to nie naleśników. Może należało po prostu wezwać Premiera na przesłuchanie? Mógł oczywiście blefować albo żartować (większość ankietowanych obstawia drugi wariant) ale zaprzysiężony musiałby wreszcie powiedzieć prawdę. Nie zrobiono tego także w przypadku wielu innych, kluczowych świadków, których o dziwo przesłuchała prokuratura. Kto, kiedy i w jakiej pozycji zaksięgował pierwszą transzę płatności za zakup szpiegowskiego oprogramowania nie interesuje prawie nikogo. Podobno komisja kończy wkrótce swój wyboisty bieg. Zespół Nr 3 Prokuratury Krajowej odetchnie z ulgą, bo prowadzenie czynności procesowych równolegle z pracami sejmowej komisji śledczej to o jedno śledztwo za dużo. Powstanie raport, którego nikt nie przeczyta, a na pewno nie Prokurator Józef Gacek. Być może przejdzie ona do historii z jednego powodu. Wielogodzinne przesłuchanie błyskawicznie zakończyło długoletnią karierę zawodową Agnieszki Kwiatkowskiej-Gurdak. Powołana przez Premiera w marcu 2024 r. na stanowisko Szefowej CBA w kilka godzin po przesłuchaniu musiała z tego stanowiska zrezygnować. Póki co jest to jedyna w pełni zidentyfikowana ofiara Pegazusa. A właściwie komisji ds. Pegazusa.
2x: rozmowy kontrolowane
Kogo podsłuchiwały służby PIS, na mocy zarządzenia sądów pozostaje więc tajemnicą. Tak samo zresztą jak jest tajemnicą kogo podsłuchiwały służby PO. I tak powinno zostać. Jednak ta ostatnia formacja w ramach wyrównywania rachunków z tą pierwszą postanowiła uchylić rąbka państwowej tajemnicy. Premier już to wie, ale nie powie. Trzyma karty przy orderach i od czasu do czasu z lekkim przymrużeniem oka daje do zrozumienia, że w obronie demokracji nie zawaha się tej listy użyć. Pozostaje zatem spekulować, co z pasją czynią media. Zatem kto? Zdaniem Citizen Lab, enigmatycznego zespołu badawczego z dalekiej Kanady był to Krzysztof Brejza. To właśnie na bazie badań przeprowadzonych na Uniwersytecie w Toronto, Parlament Europejski w listopadzie 2022 r. powołał komisję śledczą (PEGA). Wyniki jej prac trudno nazwać konkluzywnymi. Pegazus latał nad Europą i basta. Najwięcej szkód miał wyrządzić w Polsce i Hiszpanii, gdzie penetrował telefony katalońskich separatystów, wspieranych podobno przez Kreml. Emocji trochę było bo prowadzono kilka szybko umarzanych śledztw. Na szczęście podrózując z Barcelony do Madrytu można to ciągle zrobić bez paszportu. Muchas gracias Don Pegazus.
Rewelacji Citizen Lab dot. Krzysztofa Brejzy do tej pory nikt w Polsce nie potwierdził. Ale europoseł jako jedyny, certyfikowany lokalnie i akredytowany globalnie poszkodowany skrzętnie wykorzystał swój status. Ostentacyjnie i z detalami niezliczoną ilość razy opowiadał, jak toczy się rodzinne życie na pisowskim podsłuchu. Jego prywatność miała stać się udziałem posępnych pań i panów z trzyliterowych korporacji. Inne ofiary mają nadal status żołnierzy nieznanych. Zdrowy rozsądek dyskretnie szepcze, że brak listy może oznaczać, że jej po prostu nie ma. Ale przecież to się w głowie nie mieści, żeby policja polityczna PIS penetrowała komórki wyłącznie podejrzewanych o popełnienie przestępstw ściganych w majestacie polskiego prawa. Na dodatek miałaby to robić po uzyskaniu formalnych zgód sądów. Zdaniem komisji, zgody zostały wyłudzone. Śledczy nie mają jednak wyrobionego zdania w jaki sposób ale na pewno nie zauważyli zmiany przepisów z początku 2016 r. dot. zakresu kontroli operacyjnej. Póki co ani audyt w służbach koordynowanych przez Tomasza Siemoniaka, ani Prokurator Józef Gacek ani sejmowi detektywi ani nawet Roman Giertych ze swoim zespołem parlamentarnym ds. wypaczeń pisowskiej ośmiolatki nie zdołali wyjaśnić sprawy. Podobno prokuratura poinformowała kilkadziesiąt osób, że posiadają one status pokrzywdzonych w śledztwie, dot. Pegazusa. Tylko kilka z nich wymieniono z imienia i nazwiska. Dlaczego tylko kilka? Ustosunkowana grupa rzekomych ofiar wynajęła prawników i skarży Polskę przed unijnymi trybunałami. Niestety nie wiemy kim są. Inne zdanie prezentują w tej sprawie medialni dochodzeniowcy. Co prawda cześć z nich rażona celnymi slappami zeszła do podziemia, to jednak ich surrealistyczne dziedzictwo żyje. Ten spadek to kolportowane przez ich wyznawców i usankcjonowane przez obecną administrację kwintale bredni na temat tysięcy ofiar Pegazusa. Są wszędzie. W mediach, w kancelariach adwokackich, w wymiarze sprawiedliwości, w administracji rządowej, w organizacjach pozarządowych, w instytucjach kultury, w zarządach publicznych spółek i w obu izbach parlamentu. Wśród nich są ludzie z krwi i kości, ale to tylko ci, którzy mają polityczne asocjacje. Pozostałych, pozbawionych koneksji tożsamości nie ustalono. N.N. ofiary – N.N. sprawcy.
Gumowe uszy
Nie wiemy zatem kogo podsłuchiwano podobnie jak nie wiemy kto podsłuchiwał. Intensywne śledztwo nie dało odpowiedzi także na to drugie, kluczowe pytanie. Typowanie sprawców trwa. Podobnie w przypadku kwestii, czy użycie spornego narzędzia było legalne i zasadne. Ale skoro sądy wnioski "klepały" to można przypuszczać, że wszystko było lege artis. Na razie nie zdołano także roztrzygnąć właściwie z jakim rodzajem środka techniki operacyjnej inwigilowany naród miał do czynienia. Czy była to klasyczna pluskwa domowa czy jej hybrydowa, wielogłowa odmiana. Ten przebiegły owad nie daje się sklasyfikować, bo zmurszałe przepisy służb z końca poprzedniego stulecia w zasadzie nie uwzględniają istnienia internetu, o sztucznej inteligencji nie wspominając. Mimo tego niezidentyfikowani sprawcy tropiąc sabotażystów, dywersantów, terrorystów, lobbystów czy buszujących w sieci agentów obcych wywiadów zdecydowali się na użycie narzędzia z drugiej dekady XXI wieku. Komisja pod sam koniec swojej aktywności uznała, że Pegazus był w jakiejś mierze nielegalny i w konsekwencji zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przez kilku spersonalizowanych podejrzanych. Zarzut nie dotyczy zasadności stosowania cyberpluskwy. Do tej pory cały medialny zgiełk dotyczył właśnie kwestii, czy zakres i sposób inwigilacji był adekwatny do zagrożeń. Wydawało się, że będzie to proste, bo stosy stosownych papierów zalegają w archiwach służb i sądów.
Mnóstwo ludzi zadaje sobie inne pytanie. Co by było, gdyby polski kontrwywiad z jakiegoś powodu zrezygnował z tropienia aktywności nielegalnego agenta legalnego rosyjskiego wywiadu w osobie alias Pablo Gonzaleza Yague? Paweł Rubcow, którym okazał się być brodaty Baskijczyk wpadł nie tylko dlatego, że był zbyt nachalnie czarujący. Swoim wdziękiem uwodził tak skutecznie, że spora grupa żurnalistek stanęła w jego obronie. Ta sama zresztą grupa bezpardonowo atakowała służby za wykorzystywanie szpiegowskiego oprogramowania. O tym, żeby Rubcowa, witanego przez Putina z wojskowymi honorami potraktować Pegazusem zdecydowali na szczęście nieznani sprawcy.
Ewidentny deficyt flagowych podejrzanych wymusił na śledczych eksplorację innych złóż zła. Już nie zasadność ani legalność stała się przedmiotem dociekań, ale sposób, w jaki za to cudo zapłacono. Tu poszło dużo prościej, o czym triumfalnie obwieszczono. To jeden z wiceministrów resortu sprawiedliwości miał wydać zgodę, aby zakup Pagazusa sfinansować z innych niż budżetowe środków. Rzecz jasna od razu spreparowano motyw tego podstępu. Walka frakcyjna w PIS. Kamiński nie chciał aby reszta formacji wiedziała czym dysponują jego służby.
Komisja, która wyraźnie traci impet, innych sprawców już chyba nie wytypuje. Zarzuty dla tych już ustalonych są enigmatyczne, bo sklecone na bazie opinii rzeczoznawców klasy Krzysztofa Bondaryka, b. Szefa ABW. Gdy w imieniu swojej partii dowodził tą służbą generał przeoczył, jak dwójka oszustów z Amber Gold całkiem jawnie zbudowała całkiem szybko całkiem sporą piramidę finansową.
Wydawało się, że krajowa Watergate będzie dla rozliczeń jak dawka wzmacniającą dla szczepień ochronnych. Bardziej niż ofiary potrzebni byli sprawcy – odrażający, brudni, źli. Minister Radosław Sikorski w rozmowie z Klementyną Suchanow (stajnia Piątka) przeprowadzonej w 2022 r. stwierdził, że jak tylko ląduje w Warszawie to czuje, że jest podsłuchiwany. Aktywistka na to: "a ja trzymam telefon w lodówce". Dobrze, że Nadkomisarz Magdalena Sroka zmieniła zawód. Niedobrze, że na obecnie wykonywany.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.